Tekst z katalogu wystawy Antonisz. Interpretacje. Julian Antonisz, Robert Kuśmirowski, galeria BWA Sokół, MCK Sokół, Nowy Sącz, 2017 r.

 

Sabina Antoniszczak

Niezgodnie ze sztuką

 

W dzieciństwie próbowałyśmy z moją siostrą robić wielkanocne kraszanki. „Zgodnie ze sztuką” namalowałyśmy wzory rozgrzanym woskiem i włożyłyśmy jaja do wywaru z łupin cebuli. W cieple wosk odpadł i jaja zafarbowały się na gładki brąz. Chciałyśmy ratować sytuację, drapiąc wzory igłą, ale praca była mozolna, a efekt ledwo widoczny. Wtedy Julek (bo tak nazywałyśmy naszego ojca) dał nam wiertarkę dentystyczną. Powstały bardzo ciekawe, choć niezbyt tradycyjne pisanki. Kiedy próbowałam lepić z gliny, Julek zrobił mi „tradycyjne” koło garncarskie z adaptera i puszki na film.

 

Gdy było mu duszno w jego pozbawionym okna kącie do pracy, zamontował w najbliższym oknie suszarkę do włosów, która przez rurę od odkurzacza tłoczyła mu „świeże” powietrze.

 

Dla Julka oryginalne przeznaczenie przedmiotów nie miało znaczenia, liczył się efekt. Instrukcje obsługi były dla niego czymś tymczasowym, zmieniał je nieraz w sposób przewrotny, np. wydrapując na taśmie magnetycznej ścieżkę dźwiękową, która po naklejeniu w odpowiednim miejscu na taśmę filmową była odczytywana przez projektor jako optyczny zapis dźwięku.

 

Określenie „warsztat artysty” nabierało nowych znaczeń gdy na przykład używał lutownicy do rysowania na drewnie.

 

Kiedy czegoś potrzebował – sam to stwarzał, przerabiając lub przemianowując inne przedmioty. Nieważne było, że coś nie pasuje, że tak się nie robi. W jakiejś książce z biblioteki znalazł ilustrację, która bardzo mu się podobała i potrzebował jej jako graficznej inspiracji do swojego filmu. Niewiele się namyślając, po prostu ją wyrwał i powiesił na klapie swojego animografu tak, by cały czas ją widzieć przy pracy nad animacją. Ale żeby nie oddawać wybrakowanej książki, szybko narysował flamastrami odręczną kopię (oczywiście we własnym stylu), którą wkleił w miejsce wyrwanego obrazka.

 

Niewielkie pomieszczenie swojej pracowni rozciągnął do rozmiarów wielkiej wytwórni filmowej, dzięki wieszanym wszędzie tekturowym tabliczkom z podpisami, przemianowującym poszczególne kąty pokoju na: wydział obrazu, salę projekcyjną, wydział dźwięku, pracownię graficzną, pracownię mechaniczną, elektroniczną, koloru, „pracownię gastronomiczną życia” (kuchnia), itp.W ten sposób pokonywał już nie tylko ograniczenia techniczne i materiałowe, ale nawet przestrzenne.

 

Nie chciał się też ograniczać do jednej specjalności – wpis z 1958 r. w I dzienniczku: „Mama mówi żebym się nie martwił okularami, bo mam zdolności w trzech kierunkach a mianowicie: w rysunkach, w technice i w jazzie.”

 

Te wszystkie zdolności wykorzystał później, tworząc autorskie non-camerowe filmy animowane, do których sam komponował (a czasem też wykonywał) muzykę, rysowane bezpośrednio na taśmie filmowej za pomocą wynalezionych i skonstruowanych przez siebie urządzeń.

 

Łączył ze sobą różne techniki, umiejętności i wszystkie dziedziny życia. Nie tylko w filmach wykorzystywał absurdy otaczającej go rzeczywistości, ale też zwykłe, codzienne czynności nabierały w jego wykonaniu znamion projektu artystycznego. Kiedy Studio Filmów Animowanych spóźniało się z wypłatą jego honorarium, wsadził głowę w wycięte w szybie kasy okienko do podawania pieniędzy i „nie mógł” jej wyciągnąć.

 

Ponieważ wszystko robił inaczej, na swój sposób, anegdoty o nim, opowiadane przez osoby, które się z nim zetknęły, pulsują kolorami jak jego Kroniki Non-camerowe.

 

Gall Antonisz

Julek od najmłodszych lat pisał pamiętniki. Pisał – to nie do końca trafione słowo, on je tworzył, wyklejał, wycinał, rysował różnymi technikami, choć i to określenie nie całkiem oddaje ten proces, bo tworzenie pamiętników nie polegało na łączeniu różnych technik, ale wręcz na łamaniu przyjętych zasad, wykraczaniu poza ograniczenia formatowe, warsztatowe i materiałowe.

 

Kiedy byłam dzieckiem, przeglądanie dziecięcych pamiętników Julka było dla mnie i mojej siostry jak grzebanie w magicznym kapeluszu bez dna. Ich objętość wydawała się nieograniczona, jedna karta zeszytu mogła zawierać więcej (lub mniej) niż dwie strony, a jedna strona mogła składać się z kilku kart… Przez okienka wycięte w stronie było widać kolejną, płachty gazet odpowiednio poskładane i wklejone mieściły się w formacie A5, czasem dwie przecięte na pół karty składały się w jedną stronę, drobne, luźne elementy chowało się do kopert wklejonych na stronie, pełno było schowków, zakładek, okienek, sprytnie pozaginanych „skrzydełek”.

 

Słowo „pamiętnik” też nie do końca pasuje do tego, czym były te obiekty, nazywane przez niego „dzienniczkami”: pojawiają się tam daty (prawdziwe lub nie, bo niektóre dzienniczki zamiast w zeszycie, Julek założył w starym kalendarzu), wspomnienia dawne i najnowsze, są też wpisy, rysunki i materiały stanowiące zapis chwili obecnej: „Siedzę i piszę dzienniczek”, „Okno jest otwarte i straszny hałas panuje” lub postanowienia na przyszłość: „Muszę się chyba nauczyć tańczyć rock and rolla”, „Zmieniam charakter pisma na taki, jakim w tej chwili piszę”, spostrzeżenia, komentarze, pomysły i projekty wynalazków, nuty z własnymi kompozycjami, przepisy kulinarne, zdjęcia, rysunki, wycinki z gazet, ruchome kartonowe zabawki, „próbki rzeczywistości”, takie jak bilety, zaproszenia, programy wydarzeń, w których uczestniczył. Podręczne notatki, listy, zeszyty szkolne (wklejone w całości), wklejone mniejsze zeszyty z wierszykami, próbki ostatnio kupionej niebieskiej farby, „tablica wzrostu” całej rodziny…

 

To wszystko prowadzone trochę jak blog, niby dla siebie, ale z uwzględnieniem czytelnika, który na bieżąco śledzi kolejne wpisy, jak kolejne wydania czasopisma. Dlatego w dziennikach pojawiają się również komiksy w odcinkach i dowcipy rysunkowe – własne lub wycięte z gazet poprzedzone wpisem: „Pora wkleić wica” lub zdania „Wrażeniem z tego koncertu podzielę się w wami, drodzy czytelnicy, w najbliższym czasie, a więc za 6 dni.”

 

Na stronach tytułowych pisze: „Tom II bogato i na wskroś ilustrowany”, „Tom III księgi dziejów rodziny Antoniszczaków i świata całego” czy „Rozpoczynam pisanie nowego komentarza dzienniczkowego”. Formułę dzienniczków może wyjaśniać wpis z II tomu: „Zdaje mi się, że dzienniczek mój zamieni się na jakiś album z wycinkami z gazet. Ale to nic, dalej będę zamieszczał to, co w danym okresie najbardziej mnie będzie interesować.”

 

Julek prowadził dzienniczki przez całe życie, z różną częstotliwością. Już jako dorosły siada do nich rzadziej, kolejne tomy obejmują coraz większy zakres dat. Przestaje też „wpychać” do nich wszystkie możliwe media i materiały, zeszyty stają się mniej rozdęte, ponieważ porządkuje swój świat, tworząc również inne zeszyty, segregatory i teczki – zwane „pomysłownikami”. Wśród nich jest notatnik zatytułowany Kurs na dokument.

 

W roku 1980 wpada na nowatorski jak na tamte czasy pomysł i realizuje pierwszy dokument animowany Dokument animowany non camera, czyli reżyser Krzysztof Gradowski o sobie. W technice non-camera, bo uważa ją za najwłaściwszą do dokumentowania. (Podczas strajków w Nowej Hucie pojechał tam z podręcznym animografem, mówiąc, że reporterzy telewizyjni muszą jeszcze wywołać film, zrobić kopię, a on będzie to już miał na taśmie.)

 

Tak jak wcześniej do dzienniczków, tak teraz do filmu próbuje wtłoczyć „niemożliwe” i niepasujące, robiąc film dokumentalny przy użyciu animacji, w dodatku non-camerowej, czyli „filmując” bez kamery.

 

Nadal pisze pamiętniki, ale już bardziej dla siebie niż dla czytelnika. Stają się one prywatne, zapisuje tam różne postanowienia, rozważania filozoficzne, a także porady zdrowotne. Często zwraca się w nich do siebie samego w drugiej osobie: „Zaciągaj się życiem, a nie papierosem”.

 

Kolejny film, w 1981 roku, to pierwsza Polska Kronika Non-camerowa, których w sumie zrobi 12. Parodiując styl Polskiej Kroniki Filmowej, tworzy rodzaj satyrycznego komentarza do PRL-owskiej rzeczywistości. „Dzienniczkowy komentarz” zamienia na komentarz non-camerowy. Jego ostatni zrealizowany film to Kronika Non-camerowa nr 12, zmarł w trakcie pracy nad trzynastym odcinkiem.

 

licznik odwiedzin:
Katalog Sztuki Polskiej
ekspozycje sztuki